Od dłuższego czasu po zapaleniu płuc bardzo ciężko oddychałam i coś przeszkadzało mi w gardle.Lekarze nie widzieli żadnych zmian w gardle,ale moja mama nalegała na wizytę laryngologa.Mojemu lekarzowi prowadzącemu udało się załatwić wizytę wieczorem bo akurat miał być laryngolog u jakiegoś chłopca,więc przy okazji do mnie przyszedł.Ale tego dnia w południe wyplułam kawałek "czegoś".Pani doktor obejrzała ,powiedziała :"fu,ble" i poszło to do śmieci.Zdziwiłam się ,że nie dała to do laboratorium ,żeby sprawdzić co to.Wieczorem ,około 20:00 przyszedł laryngolog obejrzał moje gardło i znów zła wiadomość :"Pani córka musi natychmiast jechać na laryngologię.Na jej gardle jest martwa tkanka,która w każdej chwili może się urwać i ją udusić".Cholernie się bałam ,że to w każdej chwili może się stać.Pielęgniarki zadzwoniły do innego szpitala i po karetkę z lekarzem.Mama spakowała torbę,pomogła mi się ubrać,i gdy byłyśmy gotowe przyjechała karetka.Lekarz powiedział,że nie weźmie mnie do karetki ,bo co zrobi jak w trakcie jazdy to wpadnie do krtani,a tam nie ma warunków do ratowania.Kolejny telefon ,tym razem do anestezjologa,aby mnie zaintubować jeszcze w klinice.Gdy w końcu pani się zjawiła podała mi odpowiednie leki i zasnęłam.
Obudziłam się po zabiegu w drugim szpitalu.Drapało mnie gardło,ale bardzo dobrze mi się oddychało.Poprosiłam pielęgniarki,aby zawołały mamę.Po chwili się zjawiła,a siostry zadzwoniły po karetkę ,żeby nas odwiozły do kliniki.
Wróciłyśmy około godziny 3:00.Byłam zadowolona ,że wszystko dobrze wyszło.
Zdjęcie tego co wyplułam:
I tego co wycięli:
Bardzo się cieszę, że wszystko poszło dobrze, oby tak dalej!
OdpowiedzUsuńWracaj do zdrowia. :)